Prasa o nas

Artykuł ze strony http://www.szczecinbiznes.pl

Można robić sushi tanie i dobre

Rozmowa z Shinem Yasudą, właścicielem sieci Takumi Sushi Box i wydawnictwa J.P. Fantastica

Shin Yasuda przyjechał do Polski, kiedy dopiero rodził się tu kapitalizm. Od tego czasu parał się różnymi zajęciami, prowadził też własne interesy w Warszawie i na mazurach. Pięć lat temu zamieszkał w podszczecińskim Mierzynie, gdzie prowadzi również firmę. Wydaje japońskie komiksy i serwuje szczecinianom tradycyjne sushi.

Szczecinbiznes.pl: Jak trafił Pan do Polski?

Shin Yasuda: W roku 1989 przyjechałem do Polski na kontrakt z firmą, która handlowała końskim mięsem z Polski. Wcześniej w Tokio, z którego pochodzę studiowałem w szkole teatralnej i bardzo interesowałem się polskimi twórcami: Grotowskim i Kantorem. Dlatego chciałem tutaj przyjechać. Kiedy dowiedziałem się o możliwości wyjazdu z tą właśnie firmą – zatrudniłem się. Pracowałem tu dla niej przez dwa lata. Ale w międzyczasie poznałem moją przyszłą żonę Luizę, zakochałem się i podjąłem decyzję, żeby tu zostać na stałe.

Czym zajmował się pan w Polsce?

- W roku 1991 otworzyłem w Warszawie  pierwszą w Polsce restaurację japońską - Tsubame. Jednak dość szybko z tego zrezygnowałem. Chyba byłem jeszcze wtedy za młody na własne interesy. Zacząłem więc pracować dla japońskiej instytucji państwowej, która zajmowała się handlem i współpracą gospodarczą z Polską. Pracowałem tam do 1996 roku. Wtedy to otworzyłem w Olecku, skąd pochodzi moja żona,  wydawnictwo z komiksami, które istnieje do tej pory.

Kiedy przeniósł się pan do Szczecina?

- W 2005 roku, trochę za namową znajomego, który drukował dla mnie komiksy i już wcześniej się tu przeniósł. On podpowiedział, że tu są tanie i ładne działki. W końcu zacząłem nudzić się już trochę w Olecku i podjęliśmy decyzję, że spróbujemy przenieść się do Szczecina. I tak się stało: sprzedałem dom i wybudowałem się tutaj.

Skąd pomysł na otwarcie punktów z sushi?

- Cały czas pamiętałem o restauracji, którą próbowałem prowadzić. Brakowało mi tego trochę, nie czułem się do końca zrealizowany. Pomyślałem, ze Szczecin to duże miasto, na dodatek blisko stąd do Berlina, a jest jedynie kilka restauracji z japońskim jedzeniem. Dlatego uznałem, ze to dobry pomysł, żeby zaproponować mieszkańcom sushi najwyższej jakości, ale za stosunkowo niską cenę.  Musiałem jednak zastanowić się, jak to zorganizować. Nie bardzo chciałem otwierać restaurację, bo to spory kłopot, m. in. z koncesją na alkohol. Wtedy wpadłem na pomysł, że dobrym rozwiązaniem mogą być markety, które są otwarte w określonych godzinach, mają stała ochronę, także odchodzi dużo problemów organizacyjnych. Ruszyliśmy z dwoma punktami 1 grudnia 2009 roku: w CH Ster i Galerii Gryf.  

Jak wygląda produkcja i dystrybucja?

- Mamy jedną centralną kuchnię w siedzibie firmy, którą sam nadzoruję. Zaczynamy pracę codziennie o 7 rano. Sam przygotowuję większość produktów. Muszę tez cały czas sprawdzać wilgotność powietrza, bo jest to dość istotne przy robieniu sushi. Używamy produktów sprowadzanych z Japonii, ryby natomiast najczęściej pochodzą z Hiszpanii i Norwegii. Nie stosujemy żadnych środków chemicznych, dlatego nasze sushi ma termin ważności 30 godzin. Na początku oczywiście nie było lekko pogodzić to wszystko, ale teraz myślimy już o otwarciu trzeciego punktu - w Stargardzie. W tej chwili zatrudniam 12 osób: sześć w sklepach i sześć przy produkcji.

Cały czas wydaje Pan również komiksy?

- Tak, są to komiksy mangowe.  W tej chwili mamy ok. 70 proc. tego rynku w Polsce. Wypuszczamy średnio trzy pozycje w miesiącu, w nakładzie od dwóch do pięciu tys. egzemplarzy. 

Dobrze się sprzedają?

- Teraz już tak, ale kiedy wydałem pierwszy tytuł: „Tajemniczą historię Polski” w nakładzie 5 tys., to przez dwa miesiące sprzedało się może 100 sztuk. Początki były naprawdę trudne. Potem przyszła w Polsce moda na japońskie bajki, szczególnie „Czarodziejki z księżyca”. Podchwyciłem to i zacząłem wydawać. Sprzedawane były w kioskach. I niby szły dobrze, ale nadal nic nie zarabiałem. Patrząc na to z perspektywy czasu, po prostu nie miałem doświadczenia. Nie umiałem wyliczyć kosztów, za dużo drukowałem, nie znałem przepisów, zdarzało się, że hurtownie które brały większe partie towaru, nagle bankrutowały, więc nie dostawałem swoich pieniędzy. Praktycznie przez trzy lata nic nie zarobiłem. Dopiero w 2000 roku, po wydaniu serii Dragon Ball, zacząłem wychodzić na plus. 

Jak się robi Japończykowi interesy w Polsce?

- Dobrze. Nigdy nie spotkały mnie tu żadne nieprzyjemności czy oszustwa. Ludzie w Polsce są bardzo pracowici i szanują pracę. Podobnie jak w Japonii.

Rozmawiała Paulina Łątka

 

©2010 Japonica Polonica Fantastica | code & design: endriu stat4u